Wykonała Tentou Rei dla Retii
Kto chciałby być powiadamiany o następnych rozdziałach, ładnie proszę o wpisanie się do Księgi.
It's the moment of truth and the moment to lie. The moment to live and the moment to die.
The moment to fight.
I am outside
And I've been waiting for the sun
And with my wide eyes
I've seen worlds that don't belong
My mouth is dry
With words I cannot verbalize
Tell me why we live like this?
Długo mnie nie było. Za jakość standardowo przepraszam, wiem, że mogło być dużo lepiej. Mam nadzieję, że są tu jeszcze ludzie, którzy nie stracili wiary w zmartwychwstanie Morbida. Spróbuję więcej nie znikać na tak długo.
— Udało ci się czegoś dowiedzieć?
Chłodny ton głosu Rogera natychmiast przywołał ją do porządku. Bez słowa odebrała od niego kubek z kawą i wzruszyła ramionami, tępo wpatrując się w weneckie lustro odgradzające ich od sali przesłuchań.
— Nadal jest w kompletnym szoku — mruknęła zrezygnowana, ani na chwilę nie odrywając wzroku od wykrzywionej bólem dziecięcej twarzy. — Potrzebne będą miesiące intensywnej terapii, zanim uda nam się cokolwiek z niej wycisnąć.
Bezsilnie opadła na jedno z prostych, drewnianych krzeseł, skrywając twarz w dłoniach. Ostatnie godziny spędzone w towarzystwie małej Sally Waters nie tylko okazały się kompletnie bezowocne, ale też na nowo obudziły w niej niechciane wspomnienia. Teraz nie była już pewna, czy Inkwizytor rzeczywiście postanowił zabawić się jej kosztem, czy był to jedynie wyjątkowo ponury zbieg okoliczności.
Uniosła wzrok, próbując zebrać myśli. Dziewczynka wciąż znajdowała się w sali, otoczona ramieniem rudowłosej pracownicy społecznej, a jej delikatna, dziecięca buzia wydawała się prawie biała w ostrym świetle jarzeniówki.
— Odkąd ją znaleźliśmy nie odezwała się ani słowem — szepnęła Victoria, wciąż nie odrywając wzroku od drobnej sylwetki Sally. — Utknęliśmy, Moore.
Roger nawet na nią nie spojrzał, bezmyślnie zaciskając palce na wyszczerbionym kubku. Był blady i wyraźnie zmęczony, a jego gładkie czoło lśniło od potu.
— Musimy jeszcze raz przejrzeć dane ofiar — mruknął w końcu. — Mamy do czynienia z cholernym seryjnym mordercą, a seryjni mordercy zawsze działają według schematu. Na pewno jest coś, co…
Victoria podniosła dłoń, nie dając mu dokończyć. Coś zmieniło się w obserwowanej przez nią scenie; dziewczynka delikatnie wyswobodziła się z objęć opiekunki i z wahaniem sięgnęła po jedną z przygotowanych dla niej kredek.
Sanchez zmarszczyła brwi, obserwując jak Sally pochyla się nad blatem policyjnego biurka i szybkimi, pewnymi ruchami zaczyna szkicować coś na skrawku papieru. Nie mogła uwierzyć, że patrzy na to samo dziecko, które jeszcze kilka minut temu niemal nie było w stanie się poruszyć.
Minął prawie kwadrans, nim skończyła. Gdy w końcu uniosła głowę, jej blade policzki pokryte były niezdrowym rumieńcem, a oczy lśniły chorobliwym blaskiem. Bez słowa przesunęła rysunek w stronę rudowłosej opiekunki, nawet na nią nie patrząc.
Kobieta obrzuciła kartkę nierozumnym spojrzeniem i po chwili podniosła się z krzesła, ruszając w stronę lustra. Zanim przycisnęła kartkę do gładkiej powierzchni, zdążyła jeszcze rzucić małej Sally zaniepokojone spojrzenie.
Victoria wstrzymała oddech. Patrzyła na niedbały, jakby wykonany w pośpiechu rysunek leżącej na ziemi postaci. Sally naszkicowała sylwetkę matki czarną kredką, mocno przyciskając rysik do papieru. Czerwonym pisakiem domalowała ogromną plamę, ciągnącą się od podbródka aż po patykowate nogi. Na drugim planie znajdowała się kolejna postać, dużo mniejsza i lekko zamglona, jakby ukryta w cieniu. Dziewczynka miała długie i opadające na twarz włosy, a wypływające spod nich łzy tworzyły u jej stóp pokaźnych rozmiarów kałużę. Cały obrazek utrzymany był w ciemnych barwach i jedynie czerwona plama wyraźnie odcinała się na tle białej kartki.
I właśnie wtedy, gdy Victoria gotowa była z powrotem opaść na krzesło i ponownie załamać ręce, jej uwagę przykuł szczegół, którego wcześniej nie zauważyła. Ten element obrazka był tak delikatny, że ledwie udało się jej go dostrzec pośród plątaniny mocnych, czarnych kresek.
Leżąca na ziemi postać skąpana była setkach jasnozielonych drobinek, unoszących się nad jej ciałem jak gęsta, delikatna mgła. To, co wcześniej wzięła za zwykły cień lub ślad rozmazanego grafitu, okazało się bezcenną poszlaką, która mogła zaważyć na losach całego śledztwa.
Zakryła usta dłońmi.
Avada Kedavra.
— Jak mogliśmy to przeoczyć? — warknęła, po raz czwarty okrążając gabinet Rogera i ze wszelkich sił starając się nie zwracać uwagi na jego znużone spojrzenie i cyniczny uśmieszek plączący się na pełnych wargach. — Jak dzieci! Kompletni ignoranci!
— Przesadzasz, Sanchez — mruknął Moore, układając nogi na blacie biurka. Jej zestresowany i zdesperowany partner sprzed kilkunastu minut zniknął bezpowrotnie, ustępując miejsca człowiekowi zadziwiająco obojętnemu jak na dane okoliczności. — Skąd mogliśmy wiedzieć? Nikomu nawet nie przeszło przez myśl, że Inkwizytor może być czarodziejem.
— I właśnie o tym, kurwa, mówię! — syknęła, bezsilnie opadając na jedno z drewnianych krzeseł. — Schrzaniliśmy sprawę.
Zamilkł na chwilę, przecierając twarz dłońmi. Gdy znów podniósł wzrok, zdawało jej się, że widzi w jego oczach iskierki zniecierpliwienia.
— Pomyśl logicznie — warknął. — Mamy serię morderstw ewidentnie stylizowanych na średniowieczne ordalia, typa, który w publicznej telewizji jasno wypowiada się w imieniu mugoli i sześć ofiar – wszystkie magicznego pochodzenia. W tej sprawie nie było miejsca na żadne wątpliwości.
Zagryzła wargi, za wszelką cenę starając się odepchnąć od siebie myśl, że z własnej woli zapędzili śledztwo w kozi róg. Wiedziała, że słowa Rogera mają w sobie trochę racji, a jednak nie mogła pozbyć się ogromnego poczucia winy.
— Nie możesz się tak obwiniać — mruknął, niespodziewanie kładąc dłoń na jej ramieniu. — Z resztą nawet nie mamy pewności, czy ta mała faktycznie cokolwiek widziała. Moim zdaniem to wszystko to jedynie wymysł przerażonego dziecka, najpewniej w ogóle nic nie pamięta.
Odsunęła się nieznacznie, urażona. Przez głowę znów przelatywały jej setki scen, setki wspomnień, o których nie chciała pamiętać. Przeszłość stała się nagle tak namacalna, że prawie czuła w nozdrzach zapach matczynych perfum.
— Uwierz mi, Moore — warknęła jeszcze, nim w pośpiechu opuściła jego biuro. — Na pewno pamięta.
***
Wpadła do jego mieszkania tuż przed południem, nie zawracając sobie głowy pukaniem.
Skromnie umeblowany salon tonął w blasku czerwcowego słońca, nadając mu zadziwiającej elegancji i przytulności. Na kanapie leżały sterty książek i magazynów, a przez oparcie brunatnego fotela przewieszonych było kilka koszulek. Pokój bardziej przywodził na myśl stancję studenta, niż lokum dorosłego mężczyzny, ale nie mogła odmówić mu osobliwego uroku.
— Zawsze zdawało mi się, że wy, Krukoni, macie nienaganne maniery — rzucił znad najnowszego wydania Proroka, ledwie zaszczycając ją spojrzeniem. — I cały czas odnoszę wrażenie, że postawiłaś sobie za punkt honoru wyprowadzenie mnie z błędu.
— W takim razie wygląda na to, że oboje się pomyliliśmy — sarknęła, ignorując jego propozycję. — Bo ja całe życie myślałam, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Albo, ujmując mniej poetycko, w to samo bagno.
Nie miały czasu, siły ani ochoty bawić się z nim w ciuciubabkę. Była zmęczona śledztwem, godzinami spędzonymi w sali przesłuchań i – co najważniejsze – jego ciągłymi gierkami. Patrząc mu prosto w oczy rzuciła na stół plik czarnobiałych fotografii, tych samych, które wcześniej pokazał jej Roger.
— Masz mi coś do powiedzenia, czy po prostu oboje uznamy, że jesteś skończonym kretynem i będę mogła spokojnie wrócić do pracy?
Rzucił przelotnym spojrzeniem na stertę zdjęć, a potem powoli uniósł się z krzesła i bez słowa pomaszerował do kuchni.
— Kawy? — rzucił beztrosko, udając, że nie widzi jak jej dłonie bezwiednie zaciskają się w pięści.
— Jeśli próbujesz wyprowadzić mnie z równowagi, to uwierz, jesteś na dobrej drodze — warknęła, obserwując jak powoli wlewa wodę do kubków. Miała nieodparte wrażenie, że próbuje kupić sobie trochę czasu. — Draco.
Podniósł wzrok, po raz pierwszy tego dnia patrząc jej prosto w oczy.
— Co mam ci powiedzieć, Sanchez? — burknął, stawiając przed nią ciemnozielony kubek. — Uwierz, że zjawił się nieproszony. Nasza rozmowa trwała może piętnaście minut, ale najwyraźniej to wystarczająco długo, żeby twój fagas zdążył zrobić mi kompromitujące zdjęcia.
— Fagas? — warknęła, ale kąciki jej ust lekko zadrżały. — Masz na myśli Rogera?
— A kogo innego? Ewidentnie nie przypadliśmy sobie do gustu — powiedział, opierając się o kuchenny blat. — Swoją drogą to urocze, że tak bardzo się o mnie martwisz.
Dopiero teraz dotarło do niej, że dzieli ich zaledwie kilkanaście centymetrów. Czuła w nozdrzach intensywny zapach jego wody kolońskiej i ciepło promieniujące z jego ciała.
— Kieruje mną jedynie czysty egoizm — mruknęła, patrząc mu prosto w oczy. W tej chwili nie była pewna czy jest bardziej wściekła na niego, czy na samą siebie i fakt, że kolana zaczynają odmawiać jej posłuszeństwa. Weź się w garść, Sanchez, nie masz już piętnastu lat. — Nie po to spędziłam ostatnie miesiące wyciągając cię z Rottenville, żebyś teraz wszystko spieprzył, Malfoy.
Uśmiechnął się ironicznie, jeszcze bardziej zmniejszając dystans między nimi. Jego oddech parzył jej policzki, przywołując wspomnienia wieczoru w Malfoy Manor. Chrząknęła cicho, ze wszystkich sił starając się zachować kamienny wyraz twarzy.
A potem po prostu pochylił się i musnął ustami jej wargi. Ten pocałunek był zupełnie inny od tego, który pamiętała sprzed kilku dni, zdecydowanie bardziej delikatny i stonowany. Mimo to nie mogła oprzeć się wrażeniu, że kryje się za nim coś więcej niż zwykła czułość – jakaś nieokreślona tęsknota i desperacja. Sunął dłońmi po jej twarzy, szyi i ramionach, jakby starał się utrwalić sobie w pamięci jej obraz.
Zrozumiała go dopiero kilka sekund później, gdy – walcząc sam ze sobą – odsunął ją od siebie na długość ramion. Nagle dostrzegła jak bardzo był zmęczony.
— Goyle zaproponował mi powrót w szeregi Śmierciożerców — powiedział w końcu, patrząc jej prosto w oczy. — A ja postanowiłem przyjąć jego ofertę.
Nim zniknął w smudze srebrnego dymu pozostawiając ją samą w jego własnym mieszkaniu, zdążył jeszcze rzucić jej przepraszające spojrzenie. I wtedy do niej dotarło.
To był pocałunek na pożegnanie.
***
Hogwart niewiele zmienił się od czasu, kiedy był tu po raz ostatni, kilka lat temu. Potężne mury wciąż stały na swoich miejscach, chroniąc uczniów przed czerwcowym upałem, a zaklęte w portretach postacie nadal uparcie śledziły każdy ich krok. Teraz, gdy nieuchronnie zbliżała się pora obiadu, na korytarzach roznosił się rozkoszny zapach pieczonego mięsa i tłuczonych ziemniaków.
Harry niepewnym krokiem ruszył w stronę gabinetu dyrektora, sunąc spojrzeniem po twarzach uczniów. Zadziwiające, jak wielu z nich wydawało się tu nieszczęśliwych i zagubionych.
— Cytrynowe dropsy — rzucił bez namysłu, obserwując jak potężna chimera obraca się, ukazując kamienne schodki. Wiedział, że hasło do gabinetu dyrekcji pozostawało niezmienne od śmierci Dumbledore’a – to był jeden z wielu drobnych gestów, którymi McGonagall starała się uczcić jego pamięć. Westchnął, powoli wspinając się na górę. W najśmielszych przypuszczeniach nie sądził, że wizyta tutaj przyprawi go o tak parszywy nastrój.
— Harry!
Podniósł wzrok, napotykając uradowane spojrzenie Neville’a Longbottoma. Czas obchodził się z nim wyjątkowo łaskawie, wysmuklając niegdyś pulchną sylwetkę i dodając jego rysom wyrazistości. Harry odniósł nagle dziwne wrażenie, że jest jedynym, którego minione lata pozbawiły jakiejkolwiek witalności.
Kilka sekund później już klepali się po ramionach, nie zwracając uwagi na delikatny uśmiech błąkający się na twarzy McGonagall. Nagle cały stres i przygnębienie kompletnie wyparowały, ustępując miejsca uldze i zadowoleniu. Znów poczuł się jak w domu.
— To naprawdę wzruszający obrazek, panowie — zaśmiała się dyrektorka, mrugając do nich znad okularów. — Ale chciałabym, żebyście na chwilę obaj skupili się na tym, co mam wam do przekazania.
Uspokoili się natychmiast i Harry nagle uświadomił sobie, że karcący ton głosu McGonagall wciąż działa na nich dokładnie tak samo jak dziesięć lat temu. Parsknął śmiechem, opadając na jedno z przygotowanych krzeseł.
— Pozwólcie, że przejdę od razu do rzeczy — mruknęła, nagle poważniejąc. — Jak zapewne wiecie, Dyspersja zmusiła wiele rodzin do kompletnego odizolowania się od świata mugoli, jednocześnie odbierając tym dzieciom szansę na kontynuowanie edukacji w niemagicznych szkołach. Trafiły tu nie z wyboru, a z ostateczności i wiele z nich nie kryje swojego rozczarowania. Trudno odnaleźć im się w nowym świecie, szczególnie, że pośród reszty uczniów czują się po prostu wyobcowane.
Zamilkła na chwilę, obracając w dłoniach różdżkę.
— Pan Longbottom od tygodni dokłada wszelkich starań, żeby jakoś zintegrować nowych uczniów, ale sam nie jest w stanie sobie poradzić. Dlatego pomyślałam o panu.
Harry zmarszczył brwi, ale pozwolił jej kontynuować.
— Z resztą nie chodzi mi tylko o ciebie, Harry. Mówię o wszystkich tych, którzy dziesięć lat temu wzięli udział w Bitwie. O tych, którzy będą w stanie pokazać tym dzieciakom czego naprawdę staramy się uczyć w Hogwarcie — urwała i uśmiechnęła się niespodziewanie, obdarzając ich dobrodusznym spojrzeniem. — Poza tym, wybaczy mi pan, panie Longbottom, liczę, że ktoś, kogo widziały w telewizji w końcu przemówi im do rozumu.
Opadła na fotel, wbijając wzrok w jedno z potężnych okien. Wydawała się zmęczona, dużo bardziej niż wtedy, gdy widział ją po raz ostatni w domu przy Grimmauld Place.
— Nie mam siły dłużej patrzeć na to, jak szkoła, która przez tyle lat była domem dla uczniów nagle staje się ich więzieniem — szepnęła, nawet na nich nie patrząc. — Potrzebuję was tak samo jak potrzebują was te dzieci. Wiem, że jest pan zajęty, panie Potter, szczególnie teraz — ale dla nas wszystkich wiele by znaczyło, gdyby zechciał pan chociaż z nimi porozmawiać. Przekonać, że to też może być ich świat.
Harry zamyślił się, przelotnie zerkając na skupioną twarz Neville’a.
Kim byłby teraz, gdyby tamtej lipcowej nocy w jego domu nie pojawił się pewien sympatyczny półolbrzym? Co osiągnąłby gdyby nie Hogwart i ludzie, którzy pojawili się na jego drodze?
Podniósł wzrok, uśmiechając się lekko. Dopuszczał do siebie myśl, że być może niewielu uczniów w ogóle obejdzie ich historia, ale nie chciał tracić nadziei. Jeżeli ci najmłodsi zdołają poczuć się tutaj jak w domu, może w końcu wszyscy na nowo staną się jednością.
— Może pani na mnie liczyć, pani profesor.
Shoulder to shoulder, now brother, we carry no arms
The blind man sleeps in the doorway, his home
If only I had an enemy bigger than my apathy I could have won
Nie było mnie długo, dłużej niż chciałabym się do tego przyznać. Powrót do pisania był dla mnie cholernie trudny i wielokrotnie chciałam po prostu rzucić to wszystko w cholerę. Zdaję sobie sprawę, że ten rozdział nie należy do najlepszych, ale po tak długiej przerwie... jestem dumna, że w ogóle udało mi się cokolwiek napisać. Z dedykacją dla wszystkich czytelników, jeżeli jeszcze tu jesteście.
Siedzieli przy długim, drewnianym stole, nie odzywając się do siebie ani słowem. Usilne próby stworzenia przyjaznej atmosfery spełzły na niczym i teraz, gdy wszystkie neutralne tematy rozmów zdążyły się wyczerpać, ciszę panującą w jadalni przerywał jedynie szczęk sztućców i brzdęk przesuwanych po blacie talerzy.
Wspólna kolacja wszystkich członków świeżo odrodzonego Zakonu Feniksa była oczywiście pomysłem pani Weasley, pomysłem, którego nawet ona zdawała się teraz żałować. Śmiech i rozmowy, które zazwyczaj towarzyszyły tego typu wydarzeniom ustąpiły miejsca niezadowolonym pomrukom i grymasom, a powietrze zdawało się gęstnieć z każdą kolejną minutą.
— Może powie nam pan coś o sobie, panie Malfoy? — W głosie Molly wyraźnie słychać było nutkę desperacji. Zdawało się, że postawiła sobie za punkt honoru ostateczny sukces całego wieczoru. — Czym się pan teraz zajmuje?
— Mamo, po co ta kurtuazja? — George parsknął krótkim, wymuszonym śmiechem, nie spuszczając wzroku ze szczupłej sylwetki blondyna. — Jestem pewien, że Draco nie ma nic przeciwko temu żebyś zwracała się do niego po imieniu.
Harry w niemym przerażeniu wsłuchiwał się w chłodny ton głosu George'a, za wszelką cenę starając się wymyślić jakiś sposób na rozładowanie napięcia. Rzucił spojrzeniem w stronę przeciwległego krańca stołu, nerwowo przygryzając wargi.
Nigdy nie przypuszczał, że dane mu będzie zobaczyć młodego Malfoya tak bezbronnego i przerażonego jak teraz, w obliczu wbitych w niego nienawistnych spojrzeń braci Weasley. O ile Ginny, Molly i Arthur zdawali się, z większym lub mniejszym entuzjazmem akceptować jego obecność przy stole, o tyle Ron, George i Percy nawet nie próbowali ukryć swojej niechęci. Cała trójka patrzyła na niego z mieszaniną odrazy i pogardy, zupełnie jakby sam jego widok przywoływał niechciane wspomnienia i emocje.
— Aktualnie staram się uporządkować sprawy związane z moim powrotem do Londynu, pani Weasley. W przyszłym miesiącu zamierzam rozejrzeć się za jakąś pracą — mruknął Draco, przywołując na twarz wymuszony uśmiech.
— To musi być dla ciebie ogromny szok — wycedził George, gwałtownymi ruchami atakując leżące na talerzu ziemniaki. Nie spuszczał wzroku ze szczupłej sylwetki blondyna. — Prawdziwa praca! Bez wypełnionej po brzegi skrytki tatusia życie nie wydaje się takie kolorowe, prawda?
Zdawało się, że cały pokój ucichł w oczekiwaniu na kolejny ruch młodego Malfoya; nawet Ron, dotąd wyraźnie zadowolony z przebiegu dyskusji, zamarł z widelcem zawieszonym bezmyślnie na wysokości ust. Harry z przerażeniem obserwował jak ciało Draco napina się pod wpływem gorzkich słów, a dłonie bezwiednie zaciskają się w pięści. Był pewien, że lada moment rzucą się sobie do gardeł.
— George, mogę cię prosić na chwilkę? Potrzebuje twojej pomocy w kuchni — rzucił szybko, doskonale zdając sobie sprawę z tego jak naiwna była to wymówka. — To zajmie dosłownie minutę.
Mężczyzna niechętnie podniósł się z krzesła, rzucając Malfoyowi ostatnie, wyzywające spojrzenie. Gdy wychodzili z jadalni, Harry'emu zdawało się, że słyszy za plecami ciche westchnienie ulgi.
— Co ty wyprawiasz? — wycedził, gdy znaleźli się w bezpiecznej odległości od pozostałych. — Z tego co pamiętam, to spotkanie miało zintegrować członków nowego Zakonu, a nie pogłębić dzielące nas różnice.
— Członków "Zakonu"? — George parsknął śmiechem, nie spuszczając wzroku z sylwetki przyjaciela. — Samo przebywanie w tym domu nie uczyni z nas żadnych pieprzonych wojowników, Harry. Nie masz prawa oczekiwać ode mnie, że będę siedział przy stole z cholernym Śmierciożercą tylko dlatego, że po raz kolejny dałeś się ponieść swoim chorym fantazjom o ratowaniu świata.
— To nie są żadne chore fantazje — warknął Harry, wyraźnie urażony. — Słuchaj, mi też nie uśmiecha się współpraca z Malfoyem, ale nie zamierzam pozwolić by dawne uprzedzenia stanęły nam na drodze.
— Na drodze do czego, konkretnie? Pokonania Śmierciożerców? Zbawienia świata? — George wydawał się zaskakująco spokojny, ale jego głos był zimny i nieznoszący sprzeciwu. — Spójrz na nas. Moi rodzice mają już swoje lata, Hermiona i Ron spodziewają się swojego pierwszego dziecka, Percy ledwo wiąże koniec z końcem, a ty i Ginny... — urwał, szukając w myślach odpowiednich słów. Dopiero teraz Harry dostrzegł potężne cienie pod jego oczami i delikatny zarys zmarszczek na jasnym czole. George Weasley miał dwadzieścia dziewięć lat i twarz człowieka z ogromnym bagażem złych doświadczeń. Dziwne, że wcześniej nie zwrócił na to uwagi. — Stoczyliśmy już swoją walkę, Harry.
— Ale ci wszyscy ludzie... Tylko my możemy przywrócić im wiarę i zapewnić bezpieczeństwo. Potrzebują nas.
Rudowłosy mężczyzna bezsilnie opadł na krzesło, kryjąc twarz w dłoniach. Przez kilka długich sekund w pomieszczeniu panowała cisza, a później plecy George'a zatrzęsły się i kuchnia wypełniła się jego tubalnym śmiechem.
— Potrzebują nas? — parsknął, z trudem nad sobą panując. — Kiedy w końcu dotrze do ciebie, że to ty potrzebujesz ich?
Harry milczał, kompletnie zbity z tropu.
— Voldemort nie żyje i nie zanosi się na to, by kiedykolwiek miał wrócić. Ludzie nie chcą twojego Zakonu, nie chcą kolejnej bandy oszołomów wymachujących różdżkami tylko kogoś, kto pomoże im się odnaleźć. — George podniósł się z krzesła i powoli ruszył w stronę jadalni. — Jeżeli nadal uważasz, że potrzebujesz do tego Malfoya, niech będzie. Nie oczekuj jednak ode mnie, że kiedykolwiek zgodzę się na współpracę z człowiekiem, który odebrał mi brata.
Chciał zaprzeczyć, wytknąć mu, że to przecież Rookwood odpowiedzialny był za śmierć Freda, ale coś go powstrzymało. Przez krótką chwilę wpatrywał się bezmyślnie w drzwi za którymi zniknął Weasley, a potem – nagle – zrozumiał.
Skoro George wciąż nie potrafił wybaczyć samemu sobie, jak mógłby wybaczyć innym?
***
— Jesteś pewien, że to dobry pomysł? — mruknęła, wodząc niespokojnym spojrzeniem wzdłuż potężnego, metalowego płotu. — Może powinnam była kogoś powiadomić.
— To nasz jedyny realny trop, Sanchez — rzucił, nawet na nią nie patrząc. Wyjął z kieszeni różdżkę i zamruczał coś pod nosem, a ona obserwowała jak brama odgina się i ustępuje pod wpływem jego zaklęć. —A jeżeli naprawdę się tu ukrywają, horda nierozgarniętych policjantów buszujących w ogrodzie na pewno zwróciłaby ich uwagę.
Nie odezwała się ani słowem, ignorując jego ironiczny ton. Doskonale wiedziała, że szanse odnalezienia tu siedziby Śmierciożerców były bliskie zeru, a jednak nie mogła pozbyć się dziwnego uczucia strachu i niepewności. Było w tej scenerii coś, co napawało ją lękiem. Dogoniła go w kilku krokach i przez kolejne minuty w milczeniu przedzierali się przez wysokie chaszcze i zarośla, które porosły ścieżkę, błądząc po omacku wśród plątaniny uschniętych gałęzi. Ogród otaczający posiadłość sam w sobie był wyjątkowo ponury i przerażający, a zapadający mrok tylko dodawał mu upiorności.
— Jest jakiś konkretny powód, dla którego musimy przeciskać się przez ten busz? — warknęła w końcu, czując na twarzy kolejne bolesne smagnięcie. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że brzmi jak rozpieszczona królewna, ale powoli zaczynała tracić cierpliwość. — Jeżeli mieliby nas złapać, już dawno by to zrobili. To fałszywy trop, Draco.
— Wiem. — Zatrzymał się gwałtownie, a ona z impetem odbiła się od jego pleców. W świetle księżyca jego jasna cera wydawała się prawie przeźroczysta, a oczy lśniły chorobliwym blaskiem — Jesteśmy. Witaj w Malfoy Manor.
Uniosła wzrok, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. Posiadłość Malfoyów była ogromnym, majestatycznym budynkiem, jednym z piękniejszych jakie kiedykolwiek widziała. Ukryta częściowo pod grubą kurtyną bluszczu, z popękanymi ścianami i zabitymi oknami przypominała jeden z tych tajemniczych, opuszczonych dworów, o których tak często czytała w powieściach.
— Nie sądziłem, że tak bardzo zmieni się w ciągu tych pięciu lat — mruknął Draco, sunąc spojrzeniem po kruszejących gzymsach i zabrudzonych ścianach. Niedbałym machnięciem głowy wskazał na wyrwane z zawiasów i doszczętnie zniszczone drzwi. — Robota aurorów.
Rzuciła mu pytające spojrzenie, niepewnie przekraczając próg.
— Po upadku Czarnego Pana ministerstwo zrewidowało domy wszystkich tych, którzy wspierali Śmierciożerców lub byli o to podejrzewani. Ojciec oczywiście już wcześniej zdążył zadbać o to by niczego nie znaleźli. — Urwał gwałtownie i przez kilka minut się odzywał się ani słowem, jakby kompletnie wytrącony z równowagi. Sunął nieobecnym spojrzeniem po ogołoconych z obrazów ścianach i pozdzieranych tapetach, a jego twarz wydawała się wyzuta ze wszystkich emocji.
— Najwyraźniej po śmierci matki już nic nie powstrzymywało ich przed dokładniejszą rewizją — sarknął, zostawiając w tyle ponury przedpokój i powoli wspinając się po krętych, marmurowych schodach. Musiał wyczuć jej zakłopotanie, bo obrócił się gwałtownie i po raz pierwszy tego wieczoru spojrzał jej prosto w oczy.
— Chodź, pokażę ci mój pokój.
Sypialnia Draco diametralnie różniła się od wszystkich komnat, które do tej pory zwiedzili. Utrzymana w odcieniach srebra i zieleni, z piękną drewnianą posadzką i ścianami upstrzonymi dziesiątkami plakatów i zdjęć, wydawała się zadziwiająco ludzka w porównaniu z resztą domu.
— Ojciec nienawidził tego pokoju — mruknął, jakby odczytując jej myśli — Uważał, że to wybitnie jarmarczne dekoracje, ale ja byłem uparty. To był chyba jedyny przejaw buntu na jaki kiedykolwiek się odważyłem.
Przechadzał się wzdłuż ścian, muskając palcami delikatną fakturę zielonej tapety i uśmiechając się lekko na widok podniszczonych fotografii i zawieszonych przy suficie proporczyków. Victoria parsknęła śmiechem.
— Przestań się nabijać, byłem bardzo dumnym Ślizgonem – burknął, zakładając ręce na piersiach.
— Trudno nie zauważyć – odgryzła się, opierając się o ścianę. – Twój pokój jest chyba bardziej zielony niż Zakazany Las.
Zaśmiał się krótko, marszcząc brwi.
— Wtedy wydawało mi się, że mam wszystko co potrzebne do szczęścia – mruknął po chwili, a przez jego twarz przemknął cień gorzkiego uśmiechu. — Idziemy. Jest jeszcze jedno miejsce, które muszę zobaczyć.
Chwycił ją za rękę i przez jakiś czas przemierzali ponure korytarze w milczeniu, nie odzywając się do siebie ani słowem. Obserwowała go kątem oka, starając się zrozumieć tę nagłą zmianę nastroju; beztroski Draco sprzed kilku minut zniknął, ustępując miejsca poważnemu i zasępionemu mężczyźnie. Oczy miał zmrużone, a wargi wykrzywione w ponurym grymasie. Kredowobiała skóra pokryła się chorobliwymi rumieńcami.
Pokój, do którego zmierzali okazał się dużym i jasnym pomieszczeniem wypełnionym słodkim zapachem kwiatów i kobiecych perfum. Jasne, rzeźbione meble idealnie współgrały z błękitną tapetą, a posadzkę z ciemnego drewna wyścielał potężny dywan. Draco puścił jej rękę i ruszył w stronę ogromnego łóżka, okrytego niedbale kremową narzutą. Odwróciła wzrok, starając się za wszelką cenę odepchnąć od siebie myśl o tym, jak bardzo brakowało jej jego dotyku. Podniosła wzrok, dopiero teraz dostrzegając detale, które wcześniej umknęły jej uwadze. Na przeciwległej ścianie znajdowało się kilka eleganckich obrazów, skupionych wokół największego, centralnie zawieszonego płótna. Malowidło przedstawiało potężny bukiet pięknych, mlecznobiałych kwiatów. Narcyzy. Pokój jego matki. Że też wcześnie na to nie wpadła!
Obróciła się gwałtownie. Draco wciąż siedział na łóżku, a policzki miał mokre od łez. Usiadła tuż przy nim, mocno chwytając go za ramię.
— Tu ją znalazłem — szepnął, tak cicho, że ledwie go usłyszała. — Leżała na łóżku, ze wzrokiem wbitym w przestrzeń. A w całym pokoju unosiła się ta obrzydliwa, zielona mgła.
Była przerażona, być może bardziej niż chciałaby się do tego przyznać. Z każdym kolejnym słowem jego głos był coraz głośniejszy, coraz bardziej przesycony wściekłością i nienawiścią.
— Nie miała prawa mi tego zrobić. Nie miała prawa zostawiać mnie samego — mruczał gorączkowo, bardziej do siebie niż do niej. Zbyt długo odpychane wspomnienia uderzyły w niego ze zdwojoną siłą, rozdrapując świeżo zabliźnione rany. Jego oczy lśniły przerażającym, chorobliwym blaskiem.
—Wychodzimy — rzuciła, zdecydowanym ruchem ciągnąc go w stronę drzwi. Nie opierał się, zbyt zawstydzony własną słabością. Gdy tylko znaleźli się poza sypialnią, z hukiem zatrzasnęła za sobą drzwi.
— Nie powinnaś była tu ze mną przychodzić — warknął, unikając jej spojrzenia. — Przykro mi, że musiałaś na to patrzeć.
— Draco — szepnęła, zmuszając go do spojrzenia sobie w oczy. Dopiero teraz dotarło do niej, że dzieli ich zaledwie kilka centymetrów. Czuła w nozdrzach intensywny zapach jego perfum, jego ciepły oddech nas skórze. Powoli uniosła dłoń, delikatnie muskając palcami jego policzek. Drgnął pod wpływem jej dotyku.
— Nawet nie wiesz, jak bardzo cię teraz nienawidzę — mruknął i po chwili wpił się w jej usta, przyciskając ją do lodowatej ściany. Odwzajemniła pocałunek, oplatając go ramionami i przez kolejne minuty nie liczyło się nic więcej.
***
Pukanie było tak głośne i natarczywe, że na dłuższą metę nie był w stanie go ignorować. Niechętnie zwlókł się z łóżka i wciągnął na siebie wczorajsze ubranie, mnąc w ustach przekleństwo. Wypity poprzedniego dnia alkohol wciąż dawał o sobie znać; mięśnie miał nieprzyjemnie spięte, a ból głowy doprowadzał go do szaleństwa. Miał szczerą nadzieję, że natarczywy gość w końcu ustąpi, a on będzie mógł spokojnie przeleżeć w łóżku pozostałą część dnia. Niestety. Pukanie, które w jego głowie zdążyło urosnąć już do odgłosu młota pneumatycznego, nadal nie traciło na intensywności. Cóż, nadzieja matką głupich.
Z impetem otworzył drzwi, w końcu przynosząc ulgę swoim uszom. Nim jednak zdążył nacieszyć się błogosławioną ciszą, jego spojrzenie padło na stojącą na progu postać. Mężczyzna był niski, choć potężnie zbudowany, a jego zaczerwieniona twarz lśniła od potu. Czas nie obszedł się z nim łaskawie; ciemne włosy przerzedziły się, a skóra zszarzała i wyraźne straciła na elastyczności.
— Kopę lat, co?
Doskonale znał ten głos i ironiczny uśmiech, który chwilę później rozciągnął wąskie wargi.
***
Wpadła do biura spóźniona i biegiem ruszyła w stronę swojego stanowiska, zręcznie lawirując między zgromadzonymi w korytarzu policjantami. Opadła na krzesło i przymknęła oczy, oddychając głęboko.
— Przepraszam, że przeszkadzam w drzemce, ale musimy porozmawiać. Niski głos Rogera wyrwał ją z zamyślenia. Podniosła wzrok, napotykając ściągniętą gniewem twarz partnera. Sprawa wydawała się poważna.
— Coś się stało? —spytała, kompletnie zbita z tropu.
— Porozmawiajmy u mnie w biurze — burknął w odpowiedzi i skierował się w stronę rzędu przeszklonych gabinetów znajdujących się po przeciwległej stronie korytarza. Ruszyła jego śladem, mnąc w ustach przekleństwo.
Biuro Rogera Moore'a nie wyróżniało się niczym na tle pozostałych; wyposażone było w niewielkie, drewniane biurko i rząd metalowych szafek na dokumenty. W powietrzu unosił się delikatny zapach wody kolońskiej i taniego, chińskiego żarcia.
Moore wyjął z szuflady szarą kopertę i bez słowa przesunął ją po gładkim, lśniącym blacie.
— Mówiłem ci, że mu nie ufam. Drżącymi dłońmi rozerwała papier i jej oczom ukazała się znajoma twarz, uwieczniona na serii kilkunastu czarno-białych fotografii. Wszystkie zdjęcia zrobiono tego samego dnia, najwyraźniej ustawiając aparat naprzeciwko okien jego mieszkania. Na każdym z obrazów Draco potrząsał dłoń niskiego, korpulentnego człowieka.
— Co to ma znaczyć? — warknęła, z trudem nad sobą panując. — Kazałeś go śledzić?
— Nie mogłem przecież pozwolić żeby nasze śledztwo zakończyło się fiaskiem tylko dlatego, że masz jakaś irracjonalną słabość do Śmierciożerców — mruknął, najwyraźniej z siebie zadowolony.
— O czym ty pieprzysz, Moore? — Drgnęła, starając się odepchnąć od siebie wspomnienia ostatnich dni. — I kim właściwie jest ten człowiek?
Mężczyzna uśmiechnął się lekko, stukając palcem w jedną z fotografii. — To, skarbie, jest Gregory Goyle. Jeden z najbardziej zatwardziałych wyznawców Voldemorta i, najprawdopodobniej, przywódca odrodzonych Śmierciożerców.
Can you imagine a time when the truth ran free?
The birth of a song, the death of a dream
Closer to the edge.
This never ending story
Paid for with pride and fate
We all fall short of glory
Lost in our fate
Obiecałam poemat pochwalny, więc go otrzymasz, bo zasłużyłaś na niego bardziej niż ktokolwiek inny. Dziękuję za motywację i wsparcie, za to że zawsze we mnie wierzyłaś i – co ważniejsze – nigdy nie przestałaś wierzyć w Morbida. Dziękuję za te wszystkie „PISZ MORBIDA, SUKO!” i „MEJK MI PRAŁD”, bo to właśnie one sprawiają, że odnajduje w sobie siłę do dalszego pisania. Dedykowane Giwi, bo niezmiennie jest moją Inspiracją.
Wdech, wydech, wdech, wydech. Weź się w garść, Harry, oddychanie jest przecież proste. Wepchnął dłonie do kieszeni, ze wszystkich sił próbując utrzymać się na drżących nogach. Wyraźnie czuł stróżki zimnego potu sunące mu w dół kręgosłupa i szorstki materiał koszuli przylegający do wilgotnych pleców. Wbił wzrok w ziemię i zaklął siarczyście, po raz kolejny tego dnia wyrzucając sobie w myślach własną głupotę. Co mu strzeliło do głowy?
Znajdował się w niewielkiej wnęce między potężnymi kolumnami i stertą grubych kabli, których przeznaczenia nawet nie próbował się domyślać. Gdzieś z oddali dochodziły go przytłumione okrzyki, stapiając się w jego głowie w niezrozumiały bełkot i skutecznie zagłuszając myśli. W tej chwili był więcej niż pewien, że popełnił błąd godząc się na propozycję premiera.
Chwycił za telefon zaledwie czterdzieści minut po tym jak Middleton opuścił jego mieszkanie. Nie był do końca pewien czy kierowała nim rzeczywista potrzeba niesienia pomocy pokrzywdzonym, czy dopuszczone do głosu pragnienie ponownego zaistnienia w magicznym świecie — mimo to gdy z bijącym sercem wykręcał numer premierowskiego gabinetu, po raz pierwszy od dłuższego czasu miał pewność, że postępuje słusznie.
Teraz sama myśl o tym, że z własnej woli miał wystąpić w roli politycznej maskotki wydawała mu się dziwnie irracjonalna. On, który jeszcze kilka lat temu przysięgał nie mieć nic wspólnego z brudnymi zagraniami ministerstwa, na własne życzenie stawał się jego częścią.
I teraz stał tu, niepewny i wystraszony, ukryty przed spojrzeniami zebranych na placu ludzi. Pragnął zniknąć, uciec jak najdalej od oczekującego tłumu, jak najdalej od odpowiedzialności. Ale teraz już nie mógł się wycofać. Nie chciał się wycofać.
— Panie Potter, możemy zaczynać.
Znajdowali się w jego mieszkaniu pośród sterty nierozpakowanych toreb i reklamówek, nie odzywając się do siebie ani słowem. Pogrążeni we własnych myślach zdawali się kompletnie nie zwracać na siebie uwagi. Żadne z nich nie było w stanie się poruszyć.
Skulona na zniszczonej, ciemnobrązowej kanapie wydawała się kompletnie zagubiona i bezbronna. W milczeniu wpatrywała się w jakiś odległy punkt po przeciwnej stronie pomieszczenia, a jej szczupłą sylwetką targały dreszcze. Nie płakała, ale oczy miała zaczerwienione, chorobliwie kontrastujące z nienaturalną bielą skóry.
Obserwował ją spod półprzymkniętych powiek, mocno ściskając w dłoniach pustą szklankę. Nie był pewien jak powinien się zachować, szczególnie teraz, gdy pierwszy szok i emocje powoli zaczęły ustępować miejsca wątpliwościom. Z jednej strony cholernie jej współczuł, z drugiej – nie potrafił znieść myśli, że tak łatwo dał się jej oszukać. Czuł się zupełnie tak, jakby jakieś dwie potężne siły toczyły w jego głowie bezlitosną walkę, a on na próżno starał się nad nimi zapanować. Nie potrafił zrozumieć dlaczego nagle poczuł się tak bardzo zawiedziony.
Gdy Victoria po raz pierwszy pojawiła się w Rottenville, zaimponowała mu swoją siłą i determinacją. Była uosobieniem wszystkich tych cech, które najbardziej cenił w ludziach — pewności siebie, zdecydowania i zaangażowania. Wydawała się zaskakująco inna od wszystkich kobiet, które do tej pory pojawiły się w jego życiu, a przede wszystkim – tak bardzo inna od niego samego. Być może dlatego tak trudno było mu spojrzeć jej prosto w oczy teraz, gdy wizja, którą tak starannie wykreował sobie w głowie rozpadła się na miliony kawałków. Zobaczył jej prawdziwe oblicze i nie był pewien, czy potrafi sobie z tym poradzić.
Przesunął spojrzeniem po jej pobladłej, wyzutej z emocji twarzy i na krótką chwilę ich spojrzenia się spotkały. W ułamku sekundy dostrzegł w jej oczach wszystko to, co przez ostatnie lata każdego dnia oglądał w lustrze — wściekłość, żal i nienawiść do samej siebie tak silną, że zawstydzony spuścił wzrok.
Bez słowa zerwała się z miejsca, jakby nagle wstąpiły w nią nowe pokłady siły. Narzuciła na ramiona sweter i przeczesała włosy palcami, najwyraźniej próbując doprowadzić się do porządku.
— Nie uważasz, że należą mi się jakieś wyjaśnienia? — mruknął, w skupieniu śledząc jej nerwowe ruchy. Ubierała się w pośpiechu, nawet na niego nie patrząc. Sprawiała wrażenie pogrążonej w jakimś dziwnym transie i Draco nie był pewien czy jego słowa w ogóle do niej dotarły. — Sanchez.
Podniósł się z kanapy i chwycił ją za ramiona, zmuszając do spojrzenia sobie w oczy. Dopiero teraz dostrzegł ślady łez na jej policzkach. — Victoria, co się dzieje?
— To nie twoja sprawa, Malfoy — burknęła, starając się by jej głos zabrzmiał pewnie i stanowczo. Wyrwała się z jego uścisku i bez słowa chwyciła leżącą na ziemi torbę. — Doceniam troskę, ale sama doskonale potrafię o siebie zadbać.
— Gówno prawda — warknął. — Pół godziny temu ledwo trzymałaś się na nogach, błagałaś mnie, żebym cię stamtąd zabrał, a teraz próbujesz zamydlić mi oczy jakąś żałosną historyjką o tym jak jesteś silna i niezależna? Kogo chcesz oszukać?
— Nikogo — syknęła wściekle. — A nawet jeśli, jesteś ostatnią osobą, która ma prawo mnie osądzać.
— Nie osądzam cię — wycedził. — Staram się pomóc.
— Pomóc? ̶ Parsknęła ironicznym śmiechem, zimnym i pozbawionym jakichkolwiek emocji. — Spędziłeś ostatnie pięć lat uciekając — przed przeszłością, przed problemami, przed samym sobą. Twoje życie to niekończące się pasmo kłamstw, w czym jesteś lepszy ode mnie?
Wiedział, że ma rację, a mimo to nie potrafił powstrzymać rodzącej się w nim złości. Jej gorzkie słowa bezwzględnie obnażały prawdę, którą do tej pory tak skutecznie od siebie odpychał i nie mógł znieść myśli, że po raz kolejny ma nad nim przewagę. Pragnął by zamilkła, ale ona zdawała się nie zwracać uwagi na jego błagalne spojrzenia - mówiła szybko, z wściekłością jakiej nigdy wcześniej nie słyszał w jej głosie, zupełnie jakby próbowała przelać na niego cały swój żal i rozgoryczenie.
— Jesteś pieprzonym hipokrytą, Malfoy. Rościsz sobie prawo do serwowania mi moralizatorskich uwag o szczerości względem samego siebie, podczas gdy sam od lat taplasz się we własnych kłamstwach. Nic w twoim życiu nie jest prawdziwe, rozumiesz? — Oddychała ciężko, a jej głos rósł w siłę z każdym kolejnym słowem. Teraz już prawie krzyczała, a jej ramiona drżały od zbyt długo tłumionego płaczu. — Możesz wmawiać sobie, że zaczynasz wszystko od nowa, że wreszcie udało ci się stłumić ból, który palił cię przez te wszystkie lata. Tylko że los nie daje drugich szans, Malfoy. To wszystko w co teraz tak usilnie starasz się wierzyć to tylko kolejna iluzja, kolejne kłamstwo, które pozwala ci przetrwać, które w jakiś sposób nadaje sens twojej marnej egzystencji. A cały ten ból, cała ta nienawiść, ta pustka, którą tak usilnie próbujesz zapełnić, wrócą. Zawsze wracają.
Obserwował jej drżące dłonie i wilgotne od łez policzki i nagle zrozumiał, że jej słowa nie dotyczyły tylko jego. Że nie był jedynym, który borykał się z demonami przeszłości, że nie tylko on za wszelką cenę pragnął po prostu zapomnieć.
Bez namysłu chwycił ją ręce i przyciągnął do siebie, otaczając ramionami. Trzymał mocno, nawet wtedy gdy usilnie starała się wyrwać z jego uścisku i po chwili poczuł jak jej ciało rozluźnia się powoli, a drobne dłonie oplatają go w talii. Stali tak, nie odzywając się ani słowem, a ciszę panującą w mieszkaniu przerywało jedynie echo jej stłumionego szlochu.
Komnata była potężnych rozmiarów, pusta i skąpana w delikatnym świetle żarzącego się paleniska. Obdarte z tapet ściany straszyły rozbudowaną siecią szczelin i pęknięć, a marmurowa posadzka pokryta była grubą warstwą kurzu. Jedynym meblem było tu ciężkie, mahoniowe biurko, ustawione centralnie naprzeciw kominka i uginające się pod ciężarem grubych ksiąg.
— Rookwood, jesteś tu?
Czyjś zachrypnięty szept przeszył panującą w komnacie ciszę, a chwilę później w pomieszczeniu pojawił się wysoki, zakapturzony mężczyzna. Jego ruchy były szybkie i bezładne, a głos drżący z emocji.
— Augustusie?
Rookwood podniósł się z krzesła, dając sygnał swojej obecności. Jego wątła sylwetka była ledwo widoczna w panującym półmroku, a ciężkie powieki i mocno zapadnięte policzki nadawały jego twarzy upiornego wyrazu. Wpatrywał się w mężczyznę z wyraźnym zniecierpliwieniem, wykrzywiając kąciki warg w ironicznym uśmiechu.
— Do rzeczy — warknął, wbijając spojrzenie w blat biurka. — Mam cholerną nadzieję, że nie zawracasz mi głowy z byle po…
— Młody Malfoy pojawił się w mieście.
Śmierciożerca uniósł wzrok, a przez jego twarz przemknął nieokreślony grymas. W milczeniu obserwował jak jego towarzysz wyjmuje z teczki kilka czarno-białych fotografii i rozkłada je, jedna obok drugiej. Wszystkie prezentowały tego samego mężczyznę o pociągłej, delikatnej twarzy i jasnych, zmierzwionych przez wiatr włosach. Minione lata dodały jego rysom jakiejś dziwnej szorstkości, ale miał całkowitą pewność, że patrzy na portret dorosłego Dracona Malfoya.
— Wyjdź — szepnął, bardziej do siebie niż do stojącego przed nim mężczyzny i chwilę później w komnacie rozległ się huk zatrzaskiwanych drzwi.
Wolnym krokiem podszedł do jednej ze ścian, na pozór niczym nie różniącej się od pozostałych i delikatnie przesunął palcami po szorstkiej fakturze tapety. Wymamrotał kilka słów, a chwilę później przed jego oczami pojawił się potężnych rozmiarów afisz, którego intensywna niebieska barwa wyraźnie odcinała się na tle kremowej farby. Z kiczowatymi, jaskrawymi literami i tandetnym hasłem „Siła tkwi w ludziach!”, przypominał mu jeden z tych mugolskich plakatów wyborczych, które czasami widywał na ulicach. Na samym środku widniała sylwetka szczupłego, przystojnego czarodzieja o nieśmiałym uśmiechu, który unosił dłoń w zwycięskim geście. Na czole, ukryta częściowo za kurtyną kruczoczarnych włosów, widniała blizna w kształcie błyskawicy.
Augustus Rookwood uśmiechnął się do siebie, a potem szybkim krokiem opuścił komnatę.
— Już wkrótce.
— Dzień dobry, nazywam się Harry Potter i dziesięć lat temu straciłem przyjaciela. — Podniósł wzrok, mrużąc oczy pod wpływem intensywnych promieni czerwcowego słońca. Ze wszystkich sił starał się by jego głos brzmiał pewnie i stanowczo, ale nie był w stanie ukryć nerwowego drżenia warg. Nagle wszystkie zdania, które tak pieczołowicie układał sobie w głowie przez ostatnie godziny zaczęły rozmywać się i tracić sens. — Nazywał się Remus Lupin i był jednym z najdzielniejszych ludzi jakich znałem.
Obserwował zebranych na placu czarodziejów, patrząc na ich pociągłe twarze i obojętne spojrzenia – sprawiali wrażenie kompletnie wyzutych z emocji, pozbawionych jakichkolwiek sił i nadziei.
— Zanim odszedł, wypowiedział słowa, które tamtego dnia przypomniały mi sens naszej wspólnej walki. Które sprawiły, że odnalazłem w sobie siłę by przeciwstawić się Voldemortowi. — Zawahał się, jakby szukając w myślach odpowiednich słów, ale gdy znów przemówił, jego głos był silny i donośny. — Walcząc, próbujemy zbudować świat, w którym przyszłe pokolenia będą mogły czuć się szczęśliwie i bezpiecznie.
Odchrząknął, bezwiednie zaciskając pięści. Nie zdawał sobie sprawy, że po tylu latach wojenne wspomnienia wciąż będą tak bardzo żywe i bolesne.
— Właśnie wtedy dotarło do mnie jak bardzo jestem silny. Nie dlatego, że uważałem się za lepszego czarodzieja, ale dlatego że wspierali mnie ludzie zjednoczeni ideą walki o lepsze jutro i w tym zjednoczeniu tkwiła siła, której Tom Riddle nie był w stanie pokonać. Wojna pochłonęła wiele ofiar, to prawda, ale wszyscy ci ludzie oddali swoje życie w walce o naszą przyszłość i nasze szczęście. Nie możemy pozwolić by ich ofiara poszła na marne. Nie możemy dopuścić do tego by przez naszą próżność zginęły ideały za które walczyli i w które wierzyli do samego końca! Nie możemy się poddać, szczególnie teraz, gdy nasz ród po raz kolejny został wystawiony na potężną próbę. Tamtą bitwę zwyciężyliśmy razem, teraz niech nie będzie inaczej!
Urwał gwałtownie, przesuwając spojrzeniem po twarzach słuchaczy. Oczekiwał oklasków, entuzjastycznych okrzyków i morza wylanych łez, tymczasem oni zdawali się kompletnie nieporuszeni jego wywodem. Obserwował ich skrzywione wargi i ironiczne uśmiechy i nagle dotarło do niego, że czeka go jeszcze długa droga zanim uda mu się zdobyć ich zaufanie.
— Nazywam się Harry Potter i jestem dumny z tego, że jestem czarodziejem.
Długa droga zanim znów staną się jednością.
Worn out places, worn out faces
Bright and early for their daily races
Going nowhere, going nowhere
Their tears are filling up their glasses
No expression, no expression
Hide my head I want to drown my sorrow
No tomorrow, no tomorrow
Wiem, że paskudnie krótkie i trochę nijakie, ale świadomość, że tak niewiele zostało mi do końca jest paraliżująca i kompletnie odbiera apetyt na pisanie.
Zmaterializowali się na ogrodzonym żółtą taśmą trawniku, niezgrabnie lądując na środku dmuchanego, dziecięcego baseniku. Victoria z trudem łapała oddech, mnąc w ustach przekleństwa; była wściekła, a jej pociągłą twarz wykrzywiał grymas niedowierzania.
Draco stał tuż przy niej, a nogawki jego ciemnych dżinsów były całkowicie przemoczone. Chwycił jej ramię w ostatniej chwili, tuż przed tym jak się aportowała, i teraz dyszał ciężko, walcząc z silnymi zawrotami głowy.
— Co do jasnej cholery sobie myślałeś? — syknęła, masując obolałą rękę.
Nie odpowiedział, wbijając wzrok w grupkę policjantów stojących nieopodal. Przyglądali im się z wyraźnym zaciekawieniem, trącając się łokciami i wymieniając między sobą kąśliwe uwagi. Wydawali się rozbawieni, a ich mugolskie odznaki lśniły w blasku słońca.
— Chyba nienajlepiej układa wam się współpraca — rzucił, osuszając spodnie sprawnym machnięciem różdżki. — Nie wyglądają na specjalnie poruszonych.
Podążyła za jego spojrzeniem i odchrząknęła, odrobinę speszona.
— Są tu z czystego obowiązku. Co najmniej połowa z nich chętnie pomogłaby Inkwizytorowi gdyby tylko o to poprosił — mruknęła, a jej drobne dłonie bezwiednie zacisnęły się w pięści. Gdy ponownie obróciła się w jego stronę twarz jej złagodniała, ale w oczach wciąż tliły się iskierki złości. — To nie zmienia faktu, że nadal nie wiem co tutaj właściwie robisz. Chyba nie wyobrażasz sobie, że tak po prostu wejdziesz tam razem ze mną? To miejsce zbrodni, Malfoy, ta żółta taśma to nie element dekoracyjny — warknęła, kątem oka dostrzegając zbliżającego się w ich stronę Rogera. W przeciwieństwie do mugolskich funkcjonariuszy wydawał się naprawdę przejęty; twarz miał nienaturalnie bladą, a skronie zroszone potem. Jego wąskie wargi wykrzywiał grymas zawodu, a potężna dłoń kurczowo ściskała różdżkę.
— Wszystko gra? — rzucił w jej stronę, wbijając chmurne spojrzenie w spokojne oblicze Malfoya. — Co to za jeden?
Wzięła głęboki oddech, patrząc partnerowi prosto w oczy. Dopiero teraz dostrzegła jak bardzo był zmęczony.
— To Draco Malfoy — wydusiła w końcu, wyrzucając sobie w duchu własną uległość. — Pomaga mi w śledztwie.
— Pomaga w śledztwie? Co to ma do cholery znaczyć? — Mężczyzna nawet na niego nie spojrzał, chociaż Victoria nie mogła oprzeć się wrażeniu, że dostrzega w jego oczach jakiś niezdrowy błysk. — Czemu nic o tym nie wiem? Kurwa, Sanchez, wiesz jaka jest sytuacja — wystarczy najmniejsze potknięcie i mugolski rząd odbierze nam sprawę. Z trudem ubłagaliśmy ich żeby pozwolili nam doprowadzić ją do końca, a ty jak gdyby nigdy nic prowadzasz po miejscu zbrodni byłego Śmierciożercę. Jeżeli to wywęszą, mamy przejebane.
— Skąd…
— Jezu, nie rób ze mnie kretyna. Chodziliśmy do tej samej szkoły, przeżyliśmy tę samą wojnę — naprawdę uważasz, że po tym wszystkim nazwisko Malfoy będzie mi obce?
Zapanowała między nimi cisza i teraz obaj mężczyźni mierzyli się wściekłymi spojrzeniami, nie zwracając na nią najmniejszej uwagi. Dostrzegła stężoną gniewem twarz Malfoya i delikatne drżenie jego prawej dłoni. Była pewna, że zaraz rzucą się na siebie z pięściami.
Stanęła między nimi, rozkładając ręce w pojednawczym geście.
— Przecież wiesz, że traktuje to wszystko śmiertelnie poważnie, Moore — mruknęła, nie spuszczając z niego wzroku. Jej głos był cichy, ale nieznoszący sprzeciwu. — Nie wprowadziłabym na miejsce zbrodni kogoś, komu nie ufam. Nie masz powodu do niepokoju.
Przez kilka sekund mierzył ich nieprzychylnym spojrzeniem, a potem opuścił ręce i nieznacznie wzruszył ramionami, kierując się w stronę obklejonych taśmą frontowych drzwi.
— Niech będzie, Sanchez. Na twoją odpowiedzialność — rzucił. — Nie myśl, że będę cię potem wyciągać z tego bagna.
Odetchnęła głęboko i obserwowała jak znika we wnętrzu domu, a potem gwałtownie obróciła się w stronę Malfoya. Byli teraz tak blisko, że prawie stykali się nosami, a koniec jej różdżki boleśnie wbijał mu się między żebra.
— Nie masz zielonego pojęcia ile dla ciebie ryzykuję — wycedziła. — Jeżeli naprawdę chcesz w tym uczestniczyć, schowaj swoją przeklętą dumę do kieszeni i trzymaj nerwy na wodzy, bo jeszcze jeden taki numer i osobiście potraktuję cię jakąś wyjątkowo bolesną klątwą. Jasne?
Skinął głową, a ona powoli opuściła różdżkę i przez kilka sekund żadne z nich nie odważyło się poruszyć. Dopiero po chwili odsunęli się od siebie, a Victoria chwyciła go za rękę i zręcznie poprowadziła między małymi grupkami sanitariuszy i policjantów. Ignorując szepty i świdrujące spojrzenia ruszyli schodami na pierwsze piętro, kierując się w stronę sypialni.
Pokój był jasny i przestronny, wypełniony intensywnym zapachem kobiecych perfum. Na kremowych ścianach wisiały liczne zdjęcia i obrazy, a poustawiane na parapetach szklane figurki lśniły w blasku słońca. W rogu pomieszczenia znajdowała się skromna toaletka z jasnego drewna, a kawałek dalej – sięgające sufitu regały wypełnione książkami.
Na środku sypialni stało potężne, małżeńskie łoże z wysokim wezgłowiem i stertą dopasowanych do siebie poduszek, pośród których jaśniała sylwetka młodej kobiety. Ciemne włosy okalały jej piękną twarz, ponuro kontrastując z nienaturalną bielą skóry i zsiniałymi ustami. Miała otwarte oczy, wpatrzone bez życia w jakiś punkt po przeciwległej stronie pomieszczenia i wargi wykrzywione w grymasie przerażenia. Morderca owinął jej nagie ciało cienkim prześcieradłem o bladoróżowej barwie — na wysokości serca pościel nasiąknięta była krwią.
Victoria powoli podeszła do łóżka i dopiero teraz zdała sobie sprawę, że wciąż kurczowo ściska dłoń Malfoya. Puściła go i sprawnym ruchem nałożyła rękawiczki, delikatnie unosząc poły prześcieradła.
Napis, który ujrzała, wykonany był bardziej starannie niż wszystkie poprzednie; zazwyczaj niedbałe i pochyłe pismo tym razem było równe i zadziwiająco zdobne — przeszło jej przez myśl, że idealnie pasuje do tak kobiecej scenerii. Wykaligrafowane cienkim ostrzem litery układały się w ponure hasło „Losowanie”.
Zsunęła z rąk rękawiczki i przeczesała włosy palcami, mierząc spojrzeniem nieruchomą sylwetkę. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że w tej przerażającej układance wciąż brakuje jakiegoś elementu. Musieli coś przeoczyć, była tego całkowicie pewna.
Podniosła wzrok i jej spojrzenie natychmiast padło na jedną z czarno-białych fotografii, na której mała dziewczynka uśmiechała się radośnie w stronę obiektywu. Poczuła na twarzy uderzenie gorąca.
Zdjęcia. Dmuchany basenik.
— Dziecko — szepnęła, tak cicho, że jedynie stojący obok Malfoy mógł ją usłyszeć. — Dziecko.
Podążyła za martwym spojrzeniem kobiety i nagle dostrzegła coś jeszcze, szczegół, który przedtem umknął jej uwadze — drewnianą szafę, wbudowaną w jedną ze ścian sypialni, z wąskimi listewkami pomalowanymi na biały kolor. Mała i niepozorna, była idealną kryjówką dla kogoś o niewielkich rozmiarach.
Nim ktokolwiek zdążył ją zatrzymać dopadła do drzwiczek i pociągnęła za pozłacaną gałkę, pozwalając by zalała ją fala niechcianych wspomnień. W najdalszym kącie, ukryta za stertą zimowych płaszczy, skulona była mała dziewczynka. Leżała w bezruchu, a jej małym ciałem targały dreszcze. Twarz mokrą miała od łez i potu, a w oczach wciąż czaił się lęk. Ale żyła.
Victoria krzyknęła, cofając się gwałtownie i wpadając na jednego z techników. Obrazy i dźwięki przesuwały się jej przed oczami, pozbawiając tchu i odbierając zdolność logicznego myślenia. Znów była małą dziewczynką, sparaliżowaną strachem i całkowicie bezbronną.
Jak przez mgłę widziała sylwetkę jakiegoś szczupłego policjanta, który dopada do małej i delikatnie podnosi ją na ręce. Gdzieś obok ktoś krzyczał, ale jego słowa stapiały się w jej głowie w niezrozumiały bełkot. Zamknęła oczy, starając się skupić myśli.
Ten skurwiel z niej kpił, wciągał ją w swoją chorą grę. Nie miała pojęcia jak do tego doszło, ale ten psychopata wiedział o niej więcej niż ktokolwiek inny, znał jej czułe punkty i bezlitośnie je wykorzystywał. Bawił się jej wspomnieniami, a ona była zbyt słaba, by mu się przeciwstawić. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że krzyczy.
Czyjeś silne ramiona oplotły ją w talii i postawiły na nogi, w nozdrza uderzył ją intensywny zapach męskich perfum. Ledwo trzymała się na nogach, drżąc ze strachu i bezsilności, nie dostrzegając pośpiesznie wymienianych spojrzeń i pogardliwych uśmiechów. Draco trzymał ją mocno, nawet wtedy gdy usilnie próbowała wyrwać się z jego uścisku. Nie płakała, ale jej wargi wykrzywiał grymas bólu i cierpienia.
— Zabierz mnie stąd.
Szept był tak cichy, że ledwo dosłyszał go ponad gwarem rozmów i wyciem policyjnych syren. Skinął głową, bardziej do siebie niż do niej i po chwili oboje zniknęli, pozostawiając po sobie tylko smugę srebrnego pyłu.
Pontius Middleton pojawił się w jego mieszkaniu nagle i niespodziewanie, wraz z potężną ulewą i gąszczem burzowych chmur, które zawisły nad miastem. Powietrze było tego dnia ciężkie i lepkie i nawet porozwierane na oścież okna nie przynosiły ulgi — Harry przetarł zroszone potem czoło i ruszył w stronę drzwi, niezdarnie lawirując między stertami porozrzucanych ubrań i pudełek po pizzy. Zmiął w ustach przekleństwo i przycisnął oko do judasza, ze świstem wciągając powietrze.
Mężczyzna był dużo niższy niż Harry się spodziewał, a jego twarz, pozbawiona teraz sztucznego uśmiechu, który zapamiętał z okładek, wydawała się dziwnie naga i pospolita. Ubrany w prostą, czarną szatę i z długimi włosami zaczesanymi niedbale do tyłu przypominał bardziej księgowego niż Ministra Magii.
Rzucił szybkie spojrzenie w głąb mieszkania i po chwili wahania otworzył drzwi.
— W czym mogę pomóc?
— Panie Potter — Middleton skinął głową i potrząsnął jego wyciągniętą dłoń, bezceremonialnie wkraczając do mieszkania. Miał ciepły, niski głos. — To zaszczyt poznać pana osobiście.
Harry uśmiechnął się lekko, przeczesując włosy palcami.
— Przepraszam za bałagan — bąknął, nagle zażenowany. — Nie spodziewałem się gości.
— Nic nie szkodzi, panie Potter. — Minister wzruszył ramionami i niezgrabnie przysiadł na poręczy fotela. Harry dopiero teraz dostrzegł potężne cienie pod jego oczami. — Nie powinienem był pojawiać się bez zapowiedzi, ale mam nadzieję, że wybaczy mi pan to nagłe najście. Mam na głowię tyle spraw związanych z odbudową ministerstwa, mnóstwo papierkowej roboty i formalności. Przez tyle lat bezsensownie obijałem się w swoim gabinecie, a teraz muszę zupełnie sam radzić sobie z tym wszystkim. Z resztą — przerwał gwałtownie i wbił w niego przepraszające spojrzenie, przywołując na twarz cień uśmiechu. — Nie chcę pana zanudzać.
Wyprostował się na fotelu i przez krótką chwilę milczał, jakby szukając w myślach odpowiednich słów.
— Na pewno zastanawia się pan co tu właściwie robię — mruknął. — Nie będę owijał w bawełnę, panie Potter. Potrzebujemy pana.
Harry o mały włos nie wybuchnął śmiechem, mierząc ministra zaskoczonym spojrzeniem. Nagle poczuł się jak skończony idiota i po raz pierwszy od wielu miesięcy nie miał pojęcia co odpowiedzieć. Wieloletnie potyczki z Korneliuszem Knotem nauczyły go nieufności wobec władzy, ale w tej chwili ciekawość zdawała się wygrywać wewnętrzną walkę ze zdrowym rozsądkiem.
Middleton podniósł się z miejsca i zaczął przechadzać się pokoju, nawet na niego nie patrząc.
— Przez ostatnie lata z przerażeniem obserwowałem jak nasz świat powoli się rozpada, jak stopniowo zanikają więzi, które kiedyś nas łączyły. Kolejni czarodzieje wyrzekali się swojego dziedzictwa i wybierali życie w cieniu mugoli, próbując wybudować schronienie z dala od bolesnych wspomnień. Na początku wierzyłem, że wrócą. Że gdy minie powojenna trauma znów staniemy się jednością. Miałem nadzieję, że przywiązanie do tradycji będzie silniejsze niż strach. Myliłem się, panie Potter. Lata mijały, a ulice zdawały się pustoszeć z dnia na dzień. Świat, o który kiedyś tak dzielnie walczyliśmy nagle po prostu zniknął i przez długi czas nie potrafiłem sobie tego wytłumaczyć. Nie rozumiałem jak to możliwe, bez żalu porzucić miejsce, które przez tyle lat było dla nas domem i schronieniem. Czemu akurat wtedy gdy najgorsze było już za nami?
Z biegiem czasu przywykłem do pustych ulic, do opustoszałych korytarzy ministerstwa, ale tak naprawdę nigdy nie udało mi się tego zaakceptować. — Zawiesił głos i westchnął głęboko, rzucają mu ponure spojrzenie spod półprzymkniętych powiek. — Ale nie przyszedłem tutaj wygłaszać patetycznych przemówień, panie Potter. Dyspersja było potężnym ciosem dla wszystkich tych, którzy przed laty wybrali życie wśród mugoli, ale dla nas jest ogromną szansą. Z pana pomocą mamy wreszcie możliwość odtworzyć to, co zniszczyła wojna.
— Nie rozumiem, panie Middleton. Czego pan ode mnie oczekuje?
— Niech pan spróbuje postawić się w sytuacji rodzin, które tak brutalnie zmuszono do powrotu. Odebrano im domy, zabrano dobytek i siłą wepchnięto z powrotem do świata, o którym przez lata starali się zapomnieć. Jak mogą się teraz czuć? Kim są? Wciąż czarodziejami, czy już mugolami? Ci ludzie stoją teraz przed najtrudniejszymi wyborami i decyzjami. Muszą znów odnaleźć się w miejscu, od którego niegdyś uciekli i przede wszystkim na nowo zdefiniować samych siebie. Pan, panie Potter, jest symbolem wszystkiego tego o co kiedyś walczyli. Ikoną zamierzchłych czasów, Złotym Chłopcem, który poświęcił tak wiele dla ich dobra i bezpieczeństwa. Kto, jeśli nie pan, będzie w stanie wskazać im słuszną drogę? Kto, jeśli nie pan, będzie w stanie przekonać ich, że wciąż są jednymi z nas?
— Panie Middleton, pochlebia mi pan, ale… — zaczął Harry, starając się powstrzymać tysiące myśli, które przewijały mu się przez głowę jak kadry z jakiegoś kiepskiego filmu.
— Harry — mruknął minister, wpychając ręce do kieszeni. — Jest coś jeszcze. Prasa milczy na ten temat, bo wciąż niewiele wiadomo, ale z wielu źródeł dochodzą do nas informacje o powrocie Śmierciożerców. Pojawili się kilka tygodni temu, wraz z zakończeniem Dyspersji i chociaż nie podjęli jeszcze żadnych konkretnych działań, w tej chwili nie jesteśmy w stanie nikomu zapewnić ochrony. Nie wiemy czego tu szukają i, co gorsza, nie mamy aurorów, którzy mogliby podjąć jakiekolwiek działania przeciwko nim. Wiadomo jedynie, że starają się zwerbować nowych członków wśród rodzin przesiedlonych.
— Co? To idiotyzm — warknął Harry, gniewnie marszcząc brwi. — Jakim cudem ktokolwiek z tych ludzi chciałby z własnej woli do nich przystąpić? To chyba właśnie Śmierciożercy byli tymi, przed którymi uciekli!
— Musi pan zrozumieć, panie Potter, że ludzki umysł nigdy nie działa według określonych schematów. Wielu zwerbowanych to młodzi ludzie, którzy wojnę pamiętają jedynie z opowieści. Ich młode umysły, przepełnione teraz złością i rozgoryczeniem, są wyjątkowo podatne na wszelkie wpływy. Wystarczy odrobina charyzmy by przekonać ich do śmierciożerczych ideałów i całą winę zrzucić na mugoli.
Harry powoli skinął głową, wciąż nie do końca przekonany. Jakiś cichy głos w jego głowie podpowiadał mu, że być może w słowach ministra tkwi ziarnko prawdy – w tej chwili był jednak zbyt oszołomiony, by potrafił mu całkowicie zawierzyć.
— Nie musi pan odpowiadać od razu, panie Potter. — Middleton ruszył w stronę drzwi, a jego usta wykrzywiły się w ponurym uśmiechu. — Mam nadzieję, że weźmie pan pod uwagę moją propozycję.
Ginny Weasley siedziała na jednym z wysokich barowych krzeseł, w milczeniu obserwując zatłoczone wnętrze Dziurawego Kotła. Lokal był wyraźnie przepełniony, a ponad sączącą się z głośników muzykę unosił się gwar rozmów i gniewnie podniesione głosy. Ludzie przepychali się między stolikami, trącając porozkładane na drewnianej posadzce torby i walizki. W powietrzu unosił się zapach potu i papierosów.
— Długo to jeszcze potrwa? — mruknęła Ginny, podsuwając barmanowi swoją szklankę. — Ta szarpanina z ministerstwem?
— Nie mam zielonego pojęcia — sapnął Tom, konspiracyjnie przechylając się w jej stronę. — Mówią, że pod koniec tygodnia mają oddać do użytku kolejną dzielnicę, ale cholera ich wie. Do tego czasu muszę zadbać o to, by ci tutaj — wskazał kościstym palcem na tłoczących się w lobby czarodziejów — nie rzucili się sobie do gardeł.
— Nie wygląda to na łatwe zadanie — szepnęła, niespokojnie rozglądając się naokoło. Jakby na potwierdzenie jej słów jakiś rosły czarodziej poderwał się z krzesła, wściekle uderzając pięścią o ścianę. Jego gesty miały w sobie tyle złości i goryczy, że kilka stojących nieopodal kobiet odsunęło się przerażonych. Mężczyzna stał teraz oparty o drewnianą framugę drzwi, oddychając ciężko. Nawet z tej odległości widziała jego bladą twarz i podkrążone oczy — ręce mu drżały, a ciałem targały dreszcze. Zawstydzona, spuściła wzrok.
Codziennie była świadkiem podobnych scen, każdego dnia obserwowała ludzi starających na nowo odnaleźć się w świecie, który kiedyś był ich własnym. Patrzyła jak miotają się bezsilnie, jak na próżno szukają w sobie siły do dalszej walki.
Nie mogła znieść myśli, że w żaden sposób nie potrafi im pomóc.
We're hardly ever here
The rest of us,
we're born to disappear
How do I stop myself from
being just a number?
How will I hold my head
to keep from going under?
Przepraszam za ewentualny brak polskich znakow w niektorych miejscach, ale zagraniczne klawiatury najwyrazniej mnie nie lubia. Mam nadzieje, ze czytanie tego rozdzialu przyniesie Wam chociaz troche radosci. Milych wakacji (:
Dochodziło południe gdy z cichym pyknięciem zmaterializował się w wąskim i zacienionym zaułku, jednym z licznych rozgałęzień Pokątnej. Wykrzywił wargi, przeklinając w duchu swoje marne umiejętności nawigacyjne i szybkim krokiem skierował się w stronę głównej drogi. Z trudem łapał równowagę, niezgrabnie lawirując między stertami śmieci — uliczka cuchnęła moczem i rozkładającymi się resztkami jedzenia, a żarzący się w półmroku neon tajskiej knajpy buczał irytująco. Jego kroki odbijały się echem od kamiennych ścian obklejonych zniszczonymi plakatami. Wszystkie były nieruchome.
Odetchnął z ulgą, gdy po kilku sekundach w końcu znalazł się na Pokątnej. Z niewielką skórzaną torbą na ramieniu, w dżinsach i spranym podkoszulku natychmiast wtopił się w tłum. Mdłe światło czerwcowego słońca raziło go w oczy, a powietrze było gęste i duszne.
Wyciągnął z kieszeni pojedynczy świstek papieru i przebiegł wzrokiem po nierównych literach. Podniósł wzrok i przez krótką chwilę mierzył nieprzychylnym spojrzeniem rozpadającą się kamieniczkę, a potem bez słowa ruszył w stronę wejścia.
Budynek był stosunkowo wąski, z brązowymi okiennicami łuszczącymi się od farby i nadkruszonymi parapetami. Niegdyś jasne ściany miały teraz brunatną barwę, a wymyślne zdobienia ciągnące się wzdłuż gzymsów były ledwo widoczne spod grubej warstwy ptasich odchodów. Maleńkie i popękane dachówki były wypłowiałe od słońca.
Zapukał i odczekał chwilę, modląc się w duchu by zbutwiałe drewno nie rozpadło się pod wpływem jego uderzeń. Po kilku sekundach drzwi otworzyły się wreszcie i w nozdrza uderzył go odór taniego tytoniu i wilgoci. Tuż przed nim pojawił się niski, otyły mężczyzna o nieszczerym uśmiechu i ogorzałej od wiatru twarzy. Jego ciemne oczy lśniły złowrogo w półmroku korytarza. Gdy niedbałym machnięciem dłoni zaprosił go do środka, Draco dostrzegł wyblakły tatuaż ciągnący się mu wzdłuż prawego ramienia. Parsknął śmiechem — w tych okolicznościach "Uczciwość jest cnotą" wydawało mu się wyjątkowo naciąganym stwierdzeniem.
Przekroczył próg, czując na plecach przeszywające spojrzenie gospodarza. Bez słowa wspięli się po schodach i po chwili dotarli do kolejnych drzwi, na których ciemnym drewnie wyranie odcinała się przekrzywiona tabliczka z numerem mieszkania — 13.
— Hurra — mruknął z udawanym entuzjazmem, przecierając twarz dłońmi. Nigdy nie był przesadnie przesądny, ale ta niepozorna liczba nagle wydała mu się swoistym gwoździem do trumny.
— To ostatnie wolne — burknął właściciel, bezbłędnie odczytując jego grymas. — Trochę późno się pan zorientował.
Mieszkanie było duże i jasne, chociaż ukryte pod grubą warstwą kurzu i wyranie nadgryzione zębem czasu. Drewniana podłoga skrzypiała przy każdym ruchu, a ceglane ściany były nagie i popękane. Jedyną pozostałością po poprzednich lokatorach były dwie, ciemnobrązowe kanapy upchnięte w rogu salonu i mały sekretarzyk ustawiony pod jednym z potężnych okien. Oprócz sypialni i wyjątkowo paskudnej łazienki, znajdowała się tu jeszcze niewielka kuchnia połączona z jadalnią i garderoba.
— Biorę — rzucił krótko, odwracając się w stronę gospodarza. — Ile?
Mężczyzna obrzucił go nieprzychylnym spojrzeniem i po chwili wahania podał kwotę, a Draco o mały włos nie zadławił się własną śliną.
— Ceny czynszu poszły w górę odkąd rozpoczęła się Dyspersja — mruknął właściciel, zakładając ręce na piersi. Nie wydawał się zażenowany. — Ci idioci z mugolskiego rządu najwyraźniej nie przewidzieli, że wciąż jest nas tak dużo. Ludzie cisną się w hotelach, walczą o każdy skrawek wolnej powierzchni. Wielu po prostu nie stać na kupno mieszkania, ale ministerstwo udaje, że nie widzi problemu. Z resztą — machnął ręką w lekceważącym geście. — Na dobrą sprawę ministerstwo przestało istnieć jakieś trzy lata temu, trudno spodziewać się że w przeciągu dwóch miesięcy uda im się zreorganizować.
Draco skinął głową i wypisał czek, chociaż słowa mężczyzny wciąż brzmiały mu w uszach. Z każdym kolejnym dniem spędzonym w Londynie wiedział i rozumiał coraz mniej.
— Masz cholerne szczęście, że poprzedni najemcy zrezygnowali — powiedział tamten i po chwili zniknął za drzwiami, pozostawiając po sobie tylko drażniący smród taniego wina i papierosów.
Malfoy opadł na kanapę, w milczeniu obserwując wzbijające się w powietrze tumany kurzu.
Tamtego dnia, zaraz po tym jak bez słowa zniknął z siedziby Zakonu, raz jeszcze wrócił do Rottenville — tylko po to, by po kilku godzinach bezczynnej samotności przekonać się, że dłużej nie potrafi tak żyć.
Minione pięć lat były jak powolne samobójstwo, jak kara, którą każdego dnia sam sobie wymierzał. Pielęgnował w sobie złość i frustrację, rozgrzebując niezabliźnione rany i obwiniając się o rzeczy, na które nie miał wpływu. Żywił się własnym rozgoryczeniem, marząc o dniu, w którym dane mu będzie zemścić się na ludziach odpowiedzialnych za upadek jego rodziny. Przez lata pozwalał by jego godność i pewność siebie powoli znikały, ustępując miejsca zgorzknieniu i goryczy. Gdzieś między kolejnymi godzinami rozpamiętywania bolesnej przeszłości miejsce, które miało być schronieniem i azylem, stało się jego własnym więzieniem.
Wszystko zmieniło się w chwili gdy wiedziony chorobliwą fascynacją pojawił się pod domem Victorii.
Sanchez była iskrą, pociskiem, który nadkruszył jego szczelny pancerz. Pojawiła się nagle i niespodziewanie, wprowadzając do jego poukładanego świata zamęt i chaos. W jego oczach stała się symbolem wszystkiego tego co utracił, nikłym wspomnieniem czasów beztroski i wolności.
W dniu gdy po raz pierwszy pojawiła się w Rottenville gdzieś w głębi jego umysłu zaczęła rodzić się nieśmiała myśl, że może nadszedł wreszcie czas by poskładać swoje życie do kupy i przestać obwiniać się o wydarzenia sprzed pięciu lat. Patrzyła na niego bez wstrętu i zawodu, bez cienia nienawiści którą przywykł oglądać każdego dnia w swoich własnych oczach — chociaż doskonale ukrywała swoje motywy pod warstwą chłodnego profesjonalizmu, już wtedy dostrzegł w jej spojrzeniu coś więcej niż obojętność.
Wkrótce to, co wcześniej uznał za chwilowy kaprys stopniowo przemieniło się w desperacką potrzebę, której nie był w stanie przezwyciężyć. Nim zdążył się zorientować, emocje wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem i po kilku dniach był już w Londynie, po raz pierwszy od pięciu lat wolny od ech przeszłości i bezpieczny. A przynajmniej wtedy tak mu się wydawało.
Draco podniósł się z kanapy i powiódł wzrokiem po obskurnym mieszkaniu, bezceremonialnie upychając torbę po stalową polówką. Parsknął śmiechem, wkładając do kieszeni klucze i kilkanaście złotych monet — kiedyś potrzebowałby co najmniej czterech potężnych kufrów, dziś cały jego dorobek bez problemu mieścił się w maleńkim tobołku. Najwyraźniej ludzie rzeczywiście się zmieniają, pomyślał i chwilę później wypadł z mieszkania, z hukiem zatrzaskując za sobą drzwi.
Spacerował Pokątną przez bite czterdzieści minut, na próżno starając się rozpoznać mijane sklepy i kawiarnie. Miejsca, które kiedyś nieodmiennie kojarzyły mu się z magią i Hogwartem, dzisiaj straszyły pustymi gablotami i kiczowatymi szyldami. Nieruchome i zaskakująco mugolskie, sklepowe witryny były brudne i zaniedbane, zupełnie jakby właścicielom dawno przestało na nich zależeć.
Minął Esy i Floresy, a potem supermarket i pawilon ze sprzętem do Quidditcha, natychmiast dostrzegając na wystawie modele sprzed kilku lat i wypłowiałe od słońca plakaty nieistniejących już Armat z Chudley.
Wykrzywił wargi w ponurym uśmiechu. Nie do takiego świata chciał wrócić.
Ruszył w stronę pracowni Ollivandera i już po kilku metrach dostrzegł w oddali znajomy szyld różdżkarni. Odetchnął z ulgą, nieco przyspieszając kroku — najwyraźniej był to jeden z tych nielicznych lokali, które zachowały dawny urok i niewiele zmieniły się na przestrzeni ostatnich lat. Nagle poczuł się zdecydowanie lepiej. Nieśmiało przekroczył próg, a maleńki dzwoneczek radośnie zasygnalizował nadejście kolejnego klienta. Draco rozejrzał się po opustoszałym wnętrzu, chłonąc zapach drewna i kadzideł. Panował tu przyjemny półmrok, rozświetlany jedynie mdłym blaskiem świec ustawionych na zakurzonym kontuarze. Tuż za nim, na potężnych regałach sięgających sufitu, piętrzyły się drewniane futerały i pudełeczka, kuszące obietnicą nieodkrytych sekretów i tajemnic.
Do dziś dokładnie pamiętał dzień swojej pierwszej wizyty tutaj, tak jak pamiętał życzliwy uśmiech matki i dotyk jej lodowatych rąk, popychających go delikatnie w stronę Ollivandera. Wciąż miał przed oczami pomarszczone dłonie starca i wyciągniętą w jego stronę różdżkę, a potem tę naiwną dziecięcą dumę, gdy pod wpływem jego dotyku wystrzeliły z niej tysiące różnobarwnych iskier.
To był pierwszy moment, w którym poczuł się naprawdę dumny z faktu, że jest czarodziejem.
— Mogę jakoś pomóc?
Czyjś cienki, wysoki głos wyrwał go z zamyślenia, skłaniając do ponownego zerknięcia w stronę kontuaru. W tej samej chwili dotarło do niego, że coś jednak zmieniło się tu od czasów jego ostatniej wizyty — na miejscu Ollivandera stała teraz młoda dziewczyna o długich, jasnych włosach opadających lekko na plecy. Z jej uszu zwisały potężne kolczyki w kształcie wielorybów, a na wąskich wargach błąkał się nieobecny uśmiech.
Nie miał wątpliwości, że stoi przed nim dorosła Luna Lovegood.
— Draco Malfoy — szepnęła nieobecnie, wpatrując się w niego intensywnie. Jej głos był cichy i pozbawiony emocji. — Myślałam, że nie żyjesz.
— Ja też tak myślałem — mruknął, powoli zbliżając się w stronę lady. — Więc, Po… — urwał i chrząknął, maskując śmiech nagłym atakiem kaszlu. Zabawne, że po tylu latach wciąż bawił go jej pseudonim. — Luna. Gratuluję kierowniczego stanowiska.
— To nic wielkiego. Ollivander powierzył mi to miejsce już kilka lat temu. — Wzruszyła ramionami, podpalając kolejne kadzidełko. Mówiła powoli, patrząc mu prosto w oczy, jakby dyskutowali o smaku lodów lub najnowszej powieści. — Okazuje się, że ludzie potrafią się do siebie zbliżyć podczas wielomiesięcznego pobytu w lochach.
Uśmiech zamarł mu na ustach, ustępując miejsca grymasowi rozgoryczenia. Chociaż w jej tonie trudno było doszukać się złości czy wyrzutów, nagle dotarło do niego jak wielkim egoistą był przez te wszystkie lata — uczył się nienawidzić ludzi, którzy doprowadzili do jego nieszczęść, podczas gdy sam był przyczyną cierpień innych.
Prawda była taka, że nigdy nie zdobył się na odwagę by spojrzeć w twarz ludziom, których ranił i chociaż w niewielkiej części ponieść konsekwencje swoich działań. Był Malfoyem, a Malfoyowie nie przepraszają.
— Ja… Potrzebuję różdżki — rzucił szybko, unikając jej spojrzenia. Cała ta sytuacja zaczynała go przytłaczać, zapach kadzidełka nagle wydał się duszący i drażniący.
— Co się stało z poprzednią?
— Wypadek przy pracy — warknął, a wspomnienia sprzed pięciu lat uderzyły w niego ze zdwojoną siłą. Wciąż pamiętał to dziwne uczucie pustki, gdy targany bezsilną złością roztrzaskał różdżkę o drzwi rodzinnej posiadłości. Zupełnie jakby własnoręcznie wyrwał sobie kawałek serca. — Co proponujesz?
Zmierzyła go spojrzeniem i chwilę później zniknęła za zapleczem, nucąc pod nosem jakiś mugolski przebój. Gdy wróciła, trzymała w dłoniach tylko jedno pudełko.
— 8 cali, cis, krew salamandry — szepnęła konspiracyjnie, zupełnie jakby powierzała mu jakiś sekret. — Idealna do rzucania uroków, jeden z ostatnich projektów samego Ollivandera.
Draco skinął głową i odebrał od niej pozłacane opakowanie, z nabożeństwem unosząc wieczko.
Gdy kilka sekund później jego palce dotknęły delikatnego drewna, wszystkie wątpliwości przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Myśli i emocje stopiły się w jeden, ekstatyczny krzyk, a jego serce zabiło mocniej.
wiat magii i Draco Malfoy znów stanowili jedność.
***
— Cholera jasna, Ron!
Brzdęk tłuczonego szkła przeszył panującą w kuchni ciszę, zmuszając Harry’ego do oderwania wzroku od piętrzącej się na biurku sterty notatek. Uniósł głowę, w milczeniu przyglądając się sylwetkom przyjaciół — pochyleni nad zlewozmywakiem gestykulowali żywo, marszcząc brwi i wykrzywiając wargi w grymasie zniecierpliwienia. Od kiedy Ron dowiedział się o ciąży, ich sprzeczki stały się nagminnym i dość powszechnym zjawiskiem w domu przy Grimmauld Place.
— Mówiłam, że sama sobie poradzę! — warknęła Hermiona, głosem drżącym z emocji. Z rękami założonymi na piersiach mierzyła męża karcącym spojrzeniem, obserwując jak niedbałym machnięciem różdżki naprawia zbite naczynia.
— A ja mówiłem żebyś zostawiła w spokoju te pieprzone talerze — burknął Ron, chwytając ją za dłonie i studiując je dokładnie w świetle kuchennych lamp. — Na pewno nic ci się nie stało? Nie leci ci krew?
— Jestem w ciąży, nie umieram na żadną śmiertelną chorobę — fuknęła Hermiona, wyrywając się z jego uścisku. — Nie musisz mnie we wszystkim wyręczać.
— Wcale nie chodzi mi o ciebie — prychnął, klękając przed nią nieporadnie. Wpatrywał się w jej powiększony brzuch z niemym uwielbieniem, delikatnie przykładając dłonie do napiętego materiału swetra. — Nie chcemy chyba, żeby nasz mały Hugo się przemęczał, prawda?
Hermiona przewróciła oczami, rzucając Harry’emu przepraszające spojrzenie. Po chwili gwałtownie zwróciła się w stronę męża, zupełnie jakby dopiero teraz dotarł do niej sens jego słów.
— Hugo? — żachnęła się. — Mam rozumieć, że John to już zamknięty etap, dokładnie tak samo jak James, Frank, Robert i Edward? Nie wspominając oczywiście o innych idiotycznych pomys…
— Kochanie — przerwał jej Ron, podnosząc się z kolan i powoli przyciągając ją do siebie. — Nasz pierworodny zasługuje na oryginalne i przemyślane imię.
— To może Pryncypał. — Ginny pojawiła się w kuchni z ironicznym uśmiechem na ustach, przelotnie całując Hermionę w policzek. Odrzuciła skórzaną torbę w kąt pomieszczenia i ciężko opadła na krzesło, wbijając w bratową współczujące spojrzenie. — Ron, wyluzuj odrobinkę, wpędzasz nas wszystkich w nerwicę.
— Serdecznie przepraszam, że próbuję dbać o mojego własnego potomka, Gin — warknął, nieco urażony. — Może cię to zdziwi, ale nie wszyscy przedkładają karierę ponad życie rodzinne.
Rudowłosa parsknęła śmiechem, wystawiając język w dziecinnym geście. Gdy po chwili rzuciła Harry’emu wyzywające spojrzenie był pewien, że pomyśleli dokładnie o tym samym.
On marzył o dzieciach, podczas gdy Ginny nigdy nie widziała się w roli matki — jej priorytetem zawsze była kariera i samorealizacja. Harry podziwiał jej odwagę i stanowczość w przeciwstawianiu się wymaganiom innych; nigdy nie robiła niczego wbrew sobie, nawet jeśli jej zachowanie raniło ludzi, którzy byli jej bliscy. W pewnym sensie była egoistką, miała w sobie jednak determinację i zaciętość, której brakowało wielu Weasleyom. Doskonale wiedziała czego chce i uparcie dążyła do upragnionego celu, mimo przeszkód i przeciwności losu.
Być może ich małżeństwo rozpadło się, bo zbyt mało o sobie wiedzieli. Trwali w dziecinnym uczuciu, nie zauważając, że oboje dawno wyrośli ze szkolnych szat i stali się zupełnie innymi ludmi. Żyli chwilą, upojeni własnym szczęściem i miłością, nie myśląc o przyszłości — gdy wreszcie nadeszła, szybko okazało się, że zaskakująco niewiele ich łączy. Chcieli od życia zupełnie innych rzeczy, inaczej patrzyli na świat. Kochał ją, ale doskonale wiedział, że nigdy nie będą w stanie stworzyć stabilnego związku.
Oboje byli zbyt silni i uparci, by osiągnąć kompromis.
* * *
Wpadł do mieszkania zmęczony i wyczerpany, dzierżąc w dłoniach kilkanaście wypchanych do granic możliwości reklamówek. Bez namysłu skierował się w stronę kuchni, nieprzytomnym wzrokiem rozglądając się po pustym mieszkaniu. Było duszno i gorąco, a on umierał z głodu.
— Cholera jasna!
Stanął jak wryty i instynktownie sięgnął do tylnej kieszeni dżinsów, dostrzegając w pomieszczeniu kogoś jeszcze. Victoria siedziała na kuchennym blacie z nogami podciągniętymi pod brodę, wpatrując się w niego w napięciu. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale oczy wypełnione były strachem i niepewnością.
— Co ty tu robisz? — warknął, odrzucając na bok siatki i zakładając ręce na piersi. — I jak do cholery udało ci się tu dostać?
— Nie zapominaj, że jestem policjantką.
— Tego was uczą w szkole policyjnej? Forsowania drzwi i włamywania się do domów? Dobrze wiedzieć na co idą nasze podatki — burknął, posyłając jej mordercze spojrzenie.
— To druga lekcja — rzuciła niedbale, bezszelestnie osuwając się na podłogę. — Zaraz po „Jak z klasą prześladować innych”.
Stłumił śmiech i minął ją bez słowa, przetrząsając kuchenne szuflady w poszukiwaniu potrzebnych naczyń i sztućców.
— Jest szansa, że dowiem się co tu robisz?
— Przyszłam przeprosić — wymamrotała, jakby słowa z trudem przechodziły jej przez gardło. — le to wyszło.
Przez chwilę panowała między nimi cisza, przerywana jedynie trzaskiem otwieranych i zamykanych szafek.
— Przeprosiny przyjęte — mruknął w końcu, po raz pierwszy patrząc jej prosto w oczy. — Ja też nie zachowałem się najlepiej.
Spuściła wzrok, nie wytrzymując jego spojrzenia. Zdawało się, że peszy ją sama jego obecność.
— Naprawdę nie tak miało to zabrzmieć, żadne z nas nie posądzało cię o…
— Wiem. — Wzruszył ramionami, zabierając się do rozpakowywania zakupów. — Ale już sama twoja sugestia, że mógłbym… że jakkolwiek jestem z nimi powiązany, wyprowadziła mnie z równowagi. Musiałem odreagować.
— Przyznaję, twoje wyjście było dość efektowne — rzuciła, przeczesując włosy palcami. — Mimo to nie powinieneś się dziwić, że to właśnie ciebie chcieliśmy odnaleźć. Byłbyś doskonałym źródłem informacji, biorąc pod uwagę długoletnią działalność twojej rodziny.
— To jest właśnie twój problem, Sanchez — warknął, ze złością wpychając do szafek kolejne produkty. — Nie potrafisz dostrzec, że nie jestem moim ojcem.
Twarz mu stężała, a głos w ułamku sekundy stał się zimny i obojętny. Jego oczy zionęły przeraźliwą pustką, zupełnie jakby samo wspomnienie Lucjusza obudziło w nim dawne demony.
— Nie myśl, że cokolwiek o mnie wiesz.
— Wiem więcej, niż mógłbyś przypuszczać.
— Czyżby? — sarknął, a jego usta wykrzywiły się w ponurym grymasie. — Czekam z niecierpliwością, pani inspektor.
Przez chwilę mierzyli się wściekłymi spojrzeniami, a gdy Victoria wreszcie się odezwała, jej głos drżał z emocji.
— Przez pięć lat po zakończeniu szkoły pracowałeś w agencji reklamowej Golden Advertising, najpierw jako zwykły goniec, póniej na pozycji młodszego projektanta. Współpracownicy cię cenili, szefostwo wróżyło świetlaną przyszłość: osiągnąłeś praktycznie wszystko, co można było osiągnąć w tak młodym wieku. — Urwała gwałtownie, obserwując jak na jego twarzy pojawia się ironiczny uśmiech. Nie przerywał jej i nie dopowiadał, jakby zaciekawiony swoją własną historią. — A potem coś się zmieniło. Złożyłeś wymówienie siedemnastego grudnia dwutysięcznego trzeciego, zlikwidowałeś wszystkie konta bankowe, sprzedałeś mieszkanie i ślad po tobie zaginął. Zniknąłeś po cichu, zacierając po sobie wszystkie ślady. Przyjąłeś fałszywe nazwisko i przeprowadziłeś do Rottenville, kompletnie odcinając się od poprzedniego życia.
— Widzę, że odrobiłaś zadanie domowe — warknął, unosząc brwi. — Grzebanie w moim życiorysie musiało być fascynujące.
— Nie pochlebiaj sobie — burknęła, rzucając mu wściekłe spojrzenie. W tej chwili nie obchodziło ją, czy w jakikolwiek sposób zrani jego uczucia: liczyło się tylko to, że wreszcie będzie mogła poznać odpowiedzi. — Wiem, że twój ojciec od dziesięciu lat przebywa w Azkabanie, gdzie odsiaduje karę dożywotniego pozbawienia wolności. Nie utrzymujecie żadnych kontaktów od chwili gdy siedemnastego grudnia pięć lat temu…
Spod półprzymkniętych powiek obserwowała jak jego oczy ciemnieją lekko, a usta otwierają się w niemym proteście. Nagle cała jego wściekłość zniknęła, ustępując miejsca przerażeniu i boleści, ale ona nie potrafiła powstrzymać słów cisnących się jej na język. Nie teraz, gdy wreszcie była tak blisko prawdy.
— …twoja matka popełniła samobójstwo.
Przykrył twarz dłońmi i przez dłuższą chwilę oboje milczeli, a ciszę panującą w mieszkaniu przerywało jedynie echo jego ciężkiego oddechu. Kiedy po kilku sekundach odsunął ręce od twarzy, jego skóra była chorobliwie blada a policzki zaróżowione z emocji.
Nagle dotarło do niej, że być może posunęła się za daleko.
— Draco… — szepnęła, walcząc z rosnącym w niej poczuciem winy. Nie spodziewała się tak emocjonalnej reakcji. — Naprawdę mi przykro, nie miałam prawa… Nie wiem co we mnie wstąpiło, ja… Przepraszam.
Uciszył ją zdecydowanym gestem, wciąż z trudem łapiąc oddech. Nie patrzył jej w oczy, a dłonie drżały mu lekko przy każdym ruchu. Sprawiał wrażenie zszokowanego i zagubionego, jakby sam nie był do końca pewny własnych uczuć.
Odetchnął głęboko, nie wiedząc jak zareagować. Gdzieś w jego wnętrzu zderzały się właśnie dwie zupełnie przeciwstawne emocje — wściekłość i pewien rodzaj wdzięczności. Podczas gdy jedna strona desperacko pragnęła powalić ją na ziemię jakimś wyjątkowo bolesnym zaklęciem, druga odczuwała niespodziewaną ulgę. Zupełnie jakby wspomnienie matki stało się jednocześnie jego utrapieniem i wyzwoleniem.
Gdy wreszcie podniósł wzrok, ciszę panującą w kuchni przerwał dzwonek telefonu. Victoria rzuciła mu przepraszające spojrzenie i zaczęła w panice przetrząsać kieszenie torebki. Odebrała w ostatniej chwili i Draco w milczeniu obserwował jak wyraz jej twarzy zmienia się, a wargi wykrzywiają w grymasie niedowierzania.
— M-muszę iść — rzuciła w końcu, chwytając marynarkę i upychając komórkę w tylnej kieszeni dżinsów. Zawahała się przez chwilę, a potem spojrzała mu prosto w oczy. — Inkwizytor znów zaatakował.
Kilka sekund później wybiegła z mieszkania, a on bez namysłu ruszył za nią, w duchu wyrzucając sobie swoją własną głupotę. Teraz było jednak już za późno żeby się wycofać.
***
— Dziś po raz kolejny dowiedliśmy naszej potęgi, przyjaciele. — Czyjś ponury, niski głos potoczył się echem po cmentarnym placu. — Udowodniliśmy siłę naszych przekonań, wytrwałość w wierze w jedyne słuszne ideały.
Przez zgromadzony tłum przetoczyła się fala szeptów i entuzjastycznych okrzyków. Jakaś kobieta w pierwszym rzędzie uniosła do góry zaciśniętą pięść, a chwilę później zawtórowała jej reszta zakapturzonych postaci. Ich twarze, częściowo ukryte za posrebrzanymi maskami, były blade i lśniące od potu.
— Wciąż jesteśmy jednością — kontynuował mężczyzna, wolnym krokiem przechadzając się między sylwetkami kolejnych Śmierciożerców. — I każdy kolejny dzień jest tylko potwierdzeniem naszej rosnącej siły.
Tłum zafalował, reagując na słowa przywódcy z rosnącą ekscytacją.
— Mówiono, że nie przetrwamy. Przepowiadano, że znikniemy, pogrzebani w odmętach historii. Nie wierzono i opluwano nas, gdy obiecywaliśmy, że powrócimy.
Urwał gwałtownie, szukając w myślach odpowiednich słów. Jego pociągłą, przystojną twarz wykrzywiał obłąkańczy uśmiech, a w oczach błyszczało szaleństwo.
— Czekaliśmy dziesięć długich lat by odnaleźć w sobie siłę do walki i wreszcie jesteśmy, gotowi oddać naszemu panu należny mu szacunek. Nadszedł czas by ludzie odpowiedzialni za jego upadek zostali wreszcie ukarani.
Uniósł do góry różdżkę i kilka sekund później z jej końca wystrzeliły zielone iskry, formując na czarnej kurtynie nieba Mroczny Znak.
— Będziemy walczyć do końca — zagrzmiał głos, a po chwili cały cmentarz wypełnił się echem mrożących krew w żyłach okrzyków. — Silniejsi niż kiedykolwiek!